Słowo pochodzi z angielskiego „edge”, czyli krawędź. Polega na trzymaniu uległej kobiety na skraju orgazmu bez możliwości jego przeżycia. Zwykle jest to uzyskuje się to na dwa sposoby:
– osoba dominująca intensywnie stymuluje strefy erogenne kobiety z jednoczesnym zakazem szczytowania (co jak wiedzą czytelniczki jest ciężkie i często niemożliwe 😉, wymaga praktyki i znajomości swojej fizjologii oraz ciała)
– osoba dominująca zaprzestaje pieszczot 2-3 ruchy palca czy języka lub kilka pchnięć biodrami przed orgazmem uległej. Odczekuje chwile i ponownie wraca do pieszczot by ponownie przerwać tuż przed szczytem. Wymaga to doświadczenia i doskonałej obserwacji ciała swojej własności by wiedzieć, kiedy jest blisko i kiedy należy przerwać pieszczoty. Oczywiście zawsze można wprowadzić zasadę, że su ma powiedzieć wprost, kiedy jest blisko i wtedy zaprzestać dotyku.
Wiele kobiet nazywa edging słodką torturą i w pełni się z tym zgadzam. A dlaczego tak bardzo ją lubię? Powody są dwa. Pierwszy z nich to możliwość pełnej, maksymalnej kontroli przyjemności i spełnienia swojej własności. Obserwowania reakcji jej ciała, jęków, błagania, proszenia a nawet skomlenia o możliwość dojścia. Delektowanie się tą intymnością i władzą nad ciałem swojej su. Drugi powód to obserwowanie jak radzi sobie ona z dwoma bardzo sprzecznymi emocjami i myślami. Z jednej strony czysto egoistyczne pragnienie by ulżyć swojemu ciału, by zaspokoić jego bardzo silne pobudzenie i napięcie seksualne. Z drugiej świadomość tego, kim jest w moich rękach, tego że dobrowolnie oddała mi pełną władzę nad swoim orgazmem i że to ja decyduję, czy go będzie mieć czy nie. Bardzo lubię obserwować w niej tę walkę i sprawdzać co wygra: jej silne, wręcz ekstatyczne pragnienie by dojść czy świadomość jej uległości i konieczności podporządkowania się mojej woli mimo ogromnych emocji i napięcia, jakie odczuwa.
Jeśli myśleliście, że ta słodka tortura jest już straszna sama w sobie, to można ją uczynić dla kobiety jeszcze trudniejszą. Bo co w sytuacji, gdy po 30 czy 50 minutach takiego niespełnienia, ciągłej stymulacji, silnego przebodźcowania uznam jednak, że nie dam jej orgazmu? Dopiero wtedy zaczyna się koszmar… Ale to też jest niezwykle i nowe doznanie dla kobiety, czyli czuć to jak mocno jest pobudzona, jak silnie reaguje na każdy najmniejszy nawet sensualny dotyk, jak nie liczy się w takiej sytuacji nic poza tym, aby dojść, aby zeszło z niej to niezwykle silne napięcie, aby móc uwolnić te ogromne ilości skumulowanych pieszczot i stymulacji nie mających spełnienia od kilkunastu czy kilkudziesięciu minut. Gdy może doświadczać czegoś tak nowego i nieznanego.
Orgazm w takiej sytuacji jest obezwładniający, maksymalnie intensywny. Piękny… O ile, tak jak wspomniałem przed chwilą, na niego pozwolę 😉
Bardzo lubię po tak długich i intensywnych pieszczotach obserwować zachowanie su, jej całkowite zatracenie instynktu samozachowawczego i skupienie tylko na jednym: by dojść. Może to być jeszcze bardziej intymne, gdy dostanie ona polecenie, aby nadziać się na mnie i dojść ze mną w sobie. Przyglądać się z jaką silną potrzebą siada na mnie i bardzo zachłannie porusza biodrami lub całym ciałem, jak się zatraca by przeżyć tak utęskniony i wyczekiwany szczyt. Móc obserwować jej wyraz twarzy, spojrzenie, dzikość ruchów. Jak wtedy nie liczy się nic tylko jedna bardzo silna myśl, potrzeba a wręcz dziejowa konieczność: DOJŚĆ.
Pochodną tej praktyki jest „ruined orgasm”, czyli przerwanie pieszczot, penetracji czy stymulacji w momencie, w którym uległa zaczyna swój orgazm. Przyglądać się jękowi zawodu, gdy szczyt jest krótki, płytki i z minimalną satysfakcją. I znowu w głowie uległej pojawia się myśl, że to Pan tak zdecydował a ona musi się z tym pogodzić.
Pojawia się pytanie: czy edging lub ruined orgasm mogą nakręcać uległą swoją świadomością braku decyzyjności? Czy będzie pobudzać i stymulować myśl o tym, że jest się pozbawionym decyzyjności, bezwolną i zdaną na łaskę (lub jej brak) swojego Pana?
Dodaj komentarz